|
"Nie bądź pewny, że masz czas,
bo to pewność niepewna."
Ks. Jan Twardowski
Inspiracją
do napisania niniejszej relacji jest osobiste doświadczenie i przeżycie faktu
zamknięcia i likwidacji cukrowni, która w zamyśle budowniczych miała być budowlą
trwałą, a jednak w rzeczywistości tego świata okazała się, jak każde dzieło
ludzkie, naczyniem kruchym i przemijającym.
Moje
pierwsze zetknięcie z tą cukrownią miało miejsce w 1970 roku, kiedy to
zamieszkałem, razem z rodziną, w budynku zbudowanym specjalnie na potrzeby
Instytutu Przemysłu Cukrowniczego w Lesznie, gdzie istniała od 1852 roku i
pracowała podczas kampanii Cukrownia Michałów. W tym okresie produkowano w tejże
fabryce około 1% cukru w skali kraju. W 1967r. była to więc cukrownia niewielka,
wyposażona w ekstraktor o przerobie nominalnym 1100t/d buraków. Ta stosunkowo
niewielka produkcja w połączeniu z bliskością Warszawy, stały się główną
przesłanką do podjęcia starań zmierzających do całkowitego wyłączenia z
bilansowania w planach państwowych tej niewielkiej produkcji i przekazania
fabryki Instytutowi jako zakładu, w którym prowadzone będą różne eksperymenty
związane z postępem realizowanym w pełnej skali technicznej, a otrzymane
rezultaty będą następnie upowszechniane w pozostałych cukrowniach krajowych.
Pierwsze
próby zintegrowania Instytutu z Cukrownią Michałów podjęto już w 1948 roku,
opracowując odpowiednio uzasadniony wniosek skierowany do władz nadrzędnych
przemysłu. Próby takie ponawiano kilkakrotnie i wszystkie kończyły się
niepowodzeniem. Do takiej celowej integracji nie można było przekonać władz
partyjnych, zaś w cukrowni: kierownictwa pragnącego zachować samodzielność,
władz związkowych i partyjnych oraz Rady Pracowniczej. Ten opór organizacji
lokalnych okazał się główną i skuteczną zaporą uniemożliwiającą integrację. Mimo
trudności problem drążono i w latach 1950 - 1970 zrealizowano z funduszów
centralnych aż cztery ważne zadania inwestycyjne, a mianowicie:
- nowy
budynek warsztatów mechanicznych, wyposażony w suwnicę o nośności 4,5 t oraz
różnego rodzaju maszyny służące do obróbki metali,
- dwa duże
bloki mieszkalne dla kadr integrowanej jednostki, które zlokalizowano na osadzie
fabrycznej,
- dwa duże
bloki mieszkalne dla kadr Instytutu i Zjednoczenia Przemysłu Cukrowniczego,
które oddano do użytku w 1970 roku, a które stanęły przy ul. Sochaczewskiej,
-
dwupiętrowy, wolno stojący budynek z kotłownią i szklarnią na potrzeby badawcze
Instytutu, oddany do eksploatacji w 1970 roku.
Serdeczne
podziękowanie za doprowadzenie do zrealizowania tychże obiektów należą się
głównie inż. Erwinowi Furtakowi - dyrektorowi technicznemu Centralnego Zarządu
Przemysłu Cukrowniczego oraz mgr inż. Wiesławowi Góralczykowi, dyrektorowi
technicznemu, a następnie naczelnemu, Zjednoczenia Przemysłu Cukrowniczego. To
Ci dwaj zapobiegliwi koledzy i żarliwi cukrownicy czuwali nad postępem prac i
wykonawstwem podjętych zadań. Dziś, mimo że nie doszło do pełnej realizacji ich
zamierzeń, to pozostawili po sobie trwały ślad. Wiele rodzin zamieszkujących
dziś w budynkach oddanych wówczas do użytku, nawet nie wie, komu zawdzięcza dach
nad głową. Obiekty te zbudowano bowiem, obciążając kosztami cały przemysł
cukrowniczy, a nie Cukrownię Michałów, która stała się, zupełnie przypadkowo,
ich właścicielem. Po 1970 roku zrodziła się znacznie szersza koncepcja, w której
uwzględniano budowę:
- hali
technologicznej zlokalizowanej w byłym ogrodzie dyrektora cukrowni,
- muzeum
przemysłu cukrowniczego,
- ośrodka
szkoleniowego kadr przemysłu,
- biblioteki
i centrum informacyjnego,
- budynku
administracyjnego dla kierownictwa przemysłu.
Podjęto
odpowiednie studia i prace przygotowawcze, które prowadziło głównie Biuro
Projektów "Cukroprojekt". Do końca lat 70. prace te były dobrze zaawansowane.
Niestety, trwający nadal opór oraz wydarzenia, jakie miały miejsce w kraju po
1980 roku nie pozwoliły na realizację tych śmiałych zamierzeń. Sądzić należy, że
gdyby ze strony załogi cukrowni były wsparcie i pomoc, wówczas plany te byłyby
znacznie wcześniej skutecznie urzeczywistnione. Tak to opór i upór, będące
immanentnymi cechami ludzi bez daru wyobraźni i poczucia konieczności budowania
fundamentów dla lepszej przyszłości, są zdolne zniszczyć każde dobro, nawet to
najcenniejsze, bo wspólne.
"Wystarczy, abyś nie czynił tego,
czego nie należy,
a zrobisz wszystko, co trzeba"
Lew Tołstoj
Na powyższej
sentencji trzeba zakończyć tę syntetyczną relację o ogromnej szansie
cywilizacyjnej, jaką miała społeczność Leszna, szanse niedocenionej i tak
nieroztropnie zmarnowanej. To zaniechanie z czasów PRL zniszczyło przyszłość,
czego wielu z nas jest świadkami i zarazem ofiarami.
O okresie
budowy cukrowni ks. Waldemar Wojdecki napisał tak [1]: "Przełomową datą dla
Leszna był rok 1849, kiedy to właściciel majątku w Lesznie Michał Piotrowski
oraz Jan Bersohn i S-ka rozpoczęli budowę "Cukrowni Michałów" (Cukrowni nadano
nazwę "Michałów" najprawdopodobniej od imienia Piotrowskiego, właściciela
gruntów, na których stanęła cukrownia). Nazwa ta trwa i nie zaginie, ponieważ
przyjęła się powszechnie jako nazwa osady cukrowniczej w Lesznie. Budowa trwała
trzy lata. Cukrownia po uruchomieniu zatrudniała około 200 osób, a wartość
całego zakładu oszacowano na 200 000 rubli.
Nowy
właściciel majątku i cukrowni Jan Bersohn (pisownia oryginalna), wyznania
mojżeszowego, odkupił dobra od Piotrowskich. Wziął się energicznie i umiejętnie
do prowadzenia cukrowni i gospodarstwa rolnego. Stworzył akcyjne towarzystwo
Cukrownia Michałów, w którym miał większość akcji. Cukrownia przerabiała wówczas
3000 kwintali buraków na dobę. W latach późniejszych znaczną część udziałów w
spółce miała rodzina Przeworskich. Ostatnim administratorem cukrowni był Michał
Berson (nazwisko zapewne po odzyskaniu niepodległości zostało spolszczone),
który zginął w Warszawie w 1944 roku. Interesująca i znamienna jest ta zbieżność
imion. Pierwszy Michał to fundator fabryki, zaś ostatni to Michał administrator.
Bersonowie związali się z Lesznem, wybudowali parku, w pobliżu cukrowni pałac i
zamieszkiwali w nim aż do wybuchu II Wojny Światowej w 1939 roku.
W latach
1939 - 1944 w pałacu rezydowała niemiecka żandarmeria. Obiekt ten został w 1945
roku oddany do użytku wielu rodzinom pracującym w majątku rolnym (PGR) i uległ
poważnemu zniszczeniu. W latach 80. zniszczony pałac zakupił Bank Gospodarki
Żywnościowej i zabytek odrestaurowano wraz z parkiem oraz rozbudowano, tworząc
prężny ośrodek szkoleniowy kadr własnych.
Cukrownia od
początku swego istnienia nie miała większych szans na poważny rozwój. Wynikało
to z lokalizacji fabryki w Lesznie, położonym tuż przy południowym skraju
Puszczy Kampinoskiej, która swym zasięgiem obejmowała całą północną część
regionu ciągnącego się aż do Wisły. Wcześniej wybudowane już były i pracowały
cukrownie: Guzów w 1827 roku i Hermanów w 1838 roku (w ziemi Sochaczewskiej), a
nieco później cukrownia Józefów w 1869 roku, zlokalizowana w pobliżu stacji
kolejowej w Płochocinie. Cukrownie te umożliwiły poszerzenie upraw buraków
cukrowni Michałów w kierunku południowym, poza linię torów kolejowych Warszawa -
Łowicz. Pomimo że cukrownia Hermanów została zamknięta, a cukrownię Józefów
zniszczył pożar w 1947 roku, to szans na poważny rozwój cukrownia nadal nie
miała.
Pierwszym
dyrektorem cukrowni był J. Bielanowski, o czym świadczy dokument z 1868 roku, w
którym zapewne kolejny administrator, Bernard Bersohn informuje, że przysyła z
Warszawy przez pachciarza (dzierżawcę - zwykle szynku), dla kasy cukrowni 600
rubli [2].
Ksiądz
Wojdecki podaje także, że Bersohnowie byli pochodzenia żydowskiego, ale przyjęli
chrzest i należeli do kościoła katolickiego".
Na przełomie
wieków XIX i XX ks. Ignacy Kubiński - powstaniec styczniowy - uwieczniony
stosowną tablicą umieszczoną na jednym z wewnętrznych filarów, zbudował nową
świątynię. Bersohnowie na budowę tej świątyni przeznaczyli z majątku 3600 rubli,
z cukrowni 2000 rubli, a także z własnej cegielni 1 mln sztuk cegieł. Zakupili
także do świątyni znaczną ilość wyposażenia i paramentów [1]. Dzięki wsparciu
budowy przez takich sponsorów, w Lesznie stanął jeden z najpiękniejszych
kościołów w okolicy. W prezbiterium tejże świątyni są wspaniałe, z owego czasu,
witraże i objęte kuratelą konserwatora zabytków dwa freski wykonane przez
artystę Feliksa Koneckiego w 1912 roku, na wzór "Biblii Pauperum",
przedstawiające sceny: Objawienia Pańskiego i Ustanowienia Eucharystii. Na tej
pierwszej polichromii, w gronie osób oddających hołd są uwiecznieni, ówczesny
proboszcz ks. Czesław Skomorowski oraz znany z gorliwości i aktywności
społecznej Wacław Głowacki.
Z ofiarności
Bersohnów wynika, że chętnie włączali się w działalność dotyczącą kultu
religijnego. Z różnych zapisów można wnioskować, iż nie byli pozbawieni daru
altruizmu. Niezależnie bowiem od otrzymywanego wynagrodzenia pracownikom
przyznawano dodatki w naturze, takie jak: bezpłatne mieszkania, węgiel i drewno
na opał, cukier, wysłodki i paszę niezbędną do wyżywienia jednej krowy, zaś
robotnikom za okres choroby wypłacano uznaniowe zapomogi, a wdowom zapewniano
pracę, podczas kampanii, w pierwszej kolejności. Oprócz wymienionych
ekwiwalentów w naturze, z funduszów cukrowni pokrywano np. koszty: pomocy
akuszerki przy porodzie dziecka, stawiania pijawek, udzielania pojazdów na różne
rodzinne uroczystości oraz wspierano bezpłatnie różnymi lekami znajdującymi się
w apteczce fabrycznej [1,2].
Działalność
ta świadczyła, że pracownicy byli otoczeni na pewno skromną i niewystarczającą,
ale jednakże opieką i troską.
"Dobre drzewo dobrym się owocem okrywa,
Dobry człowiek z dobrych czynów poznawany
bywa".
Wacław Potocki
W tym
miejscu wspomnieć należy, że zarówno działalność cukrowni, jak i codzienne życie
ludzi związanych z fabryką osadzone były w warunkach dotkliwej niewoli
rosyjskiej. Szczególnie po powstaniu styczniowym, w 1863r. nastąpiło dramatyczne
zaostrzenie wszelkich rygorów. Życie toczyło się więc w bezustannych zabiegach o
przetrwanie dziś, a nie o jaśniejsze jutro. Polska i Polacy byli w niewoli, a
więc niewolnikami - o tym smutnym czasie zniewolenia narodu należy wciąż
pamiętać. Taki stan, nieco tylko łagodzący wraz z upływem czasu, trwał aż do
wywalczenia niepodległości w 1918 roku.
Jaką mocą moralną i siłą niepokonanego ducha, żyjącego wiarą i tęsknotą
za wolnością, dysponowali nasi dziadowie, że nie ulegli i zwyciężyli?
Ogromny
podziw, szacunek wnuków i serdeczne słowa modlitwy, to wszystko co możemy
uczynić, dziękując niebu za Ich obecność na tej ziemi i ofiarowanie nam
bezcennego życia oraz przekazanie dziedzictwa stanowiącego fundament lepszej
egzystencji dla nas. Pomimo tak dotkliwych warunków zewnętrznych cukrownia
zwiększała swoją moc przerobową i na miarę możliwości wprowadzano postęp
techniczny w fabryce, a także w uprawie buraków cukrowych. Jeśli chodzi o
wyposażenie cukrowni w maszyny i urządzenia technologiczne oraz energetyczne, to
cukrownia Michałów nie różniła się niczym istotnym od innych cukrowni, w tym
także działających na Ukrainie i w zaborze pruskim. Wodę na potrzeby cukrowni
pobierano z jeziorka położonego w lesie, w bagnistym terenie, na skraju Puszczy
Kampinoskiej, a służył do tego celu kierat, o czym świadczy treść pisma
skierowanego przez Bersohna do dyrektora Bielanowskiego: "Jeżeli pompowanie wody
kieratem jest uciążliwe, to proszę mnie uwiadomić, to sam będę u W. Lubańskiego
i poproszę go o zezwolenie pożyczenia maneżu". W. Lubański był jednym z
większych plantatorów. Zarówno kierat jak i maneż poruszane były zapewne przez
pociągowe woły. Woda płynęła odkrytym rowem do stawu znajdującego się w pobliżu
cukrowni. Aktualnie jeziorko to nie istnieje, bowiem zostało zamulone i zarosło
roślinnością. W okresie późniejszym wybudowano stację pomp i pobierano wodę z
rzeki Utraty. Woda również płynęła, kilka kilometrów, odkrytym rowem. Natomiast
interesującym historycznym wydarzeniem było opalanie początkowo kotłów parowych
drewnem pochodzącym z pobliskich lasów. Wycięto więc w tym okresie działalności
fabryki znaczne ilości drzew, zmniejszając obszar dzisiejszej Puszczy
Kampinoskiej. Takie, być może, było zamierzenie budowniczych, którzy tuż przy lesie zbudowali cukrownię, ażeby
nie dowozić opału z daleka. Drugim wydarzeniem było sprawdzanie aż z Wołynia
opasowych wołów, które tuczono wysłodkami i korzystnie sprzedawano. Woły
przywożono koleją do Warszawy, a dalej pędzono stadko do Leszna.
W ten sam
sposób dostarczano konie, będące główną siłą pociągową w transporcie surowca i
różnych towarów do cukrowni i z cukrowni. Dla transportu kluczową kwestią była
jakość dróg, którymi zajęto się w pierwszej kolejności, utwardzając i brukując
kamieniami polnymi ważniejsze szlaki. Główna droga łącząca Błonie z Lesznem
pokryta była brukiem, na który położono dywanik z asfaltu dopiero w drugiej
połowie wieku XX. Z obecnego punktu widzenia była to działalność i
zapobiegliwość o bezcennym znaczeniu, albowiem dzięki temu wzrastał poziom
cywilizacyjny i stan materialny mieszkańców. Nie ulega wątpliwości, że wiele
trudu i wysiłku, a także środków finansowych włożyli w to dzieło właściciele
fabryki, załoga i mieszkańcy wioski. Ten piękny dar antenatów powinien być w
annałach zapisany i doceniony.
Staraniem i nakładami właścicieli cukrowni zbudowano
również16
km torów kolejki wąskotorowej, które
połączyły cukrownię ze stacją
kolejową w Błoniu oraz majątki: Pilaszków, Pogroszew i Zaborów. W majątkach tych
uprawiano buraki cukrowe na dużych obszarach. Tory te zbudowano po 1920 roku,
czyli po odzyskaniu niepodległości. W tym okresie likwidowano ten rodzaj
transportu w wielu obiektach wojskowych (forty) i można było, po niskich cenach,
zakupić tory oraz sprzęt. Z zapisów wynika, że w 1938 roku cukrownia dysponowała
trzema parowozami i 77 wagonikami. Transport ten zlikwidowano całkowicie w
latach 1975 - 1980, co oznacza, że służba kolejki trwała ponad pół wieku. Na
wspomnienie zasługuje również fakt, że do 1914r. działała w Cukrowni Michalów
rafineria. Otrzymywany wówczas cukier był niskiej jakości i należało poddać go
procesowi rafinowania. Na przełomie wieków XIX i XX rafinerem był Stefan
Siwecki, który zmarł w 1908r. na tyfus, atakujący w owym czasie bardzo
skutecznie. Siwecki spoczął na cmentarzu w Lesznie, zaś na jego miejsce przyjęto
w 1910r. W. Gościmskiego z cukrowi Silniczka.
Wydarzeniem
o szerszym znaczeniu historycznym w dziejach cukrownictwa europejskiego, było
zainstalowanie w 1914 roku przeciwprężnej turbiny, produkcji szwedzkiej. Fakt
ten zarejestrowały wychodzące wówczas czasopisma fachowe i jest on także
podawany w opracowaniach historycznych jako przełomowy, w dziedzinie postępu na
odcinku energetyki przemysłowej. Turbina na ciśnienie pary 15 atn i 3000 obr/min
wykazywała moc znamionową 600 KM , zaś generator prądu zmiennego 510 kW.
Dzięki tej
inwestycji zdecydowanie wzrosło stosowanie napędów bezpośrednio silnikami
elektrycznymi oraz lepiej oświetlono, nie tylko fabrykę, żarówkami. Natomiast od
1919 roku wykorzystano parę odlotową z turbiny do podgrzewania soku kierowanego
do aparatów zagęszczających [3]. Ten postęp przyczynił się do odczuwalnej
poprawy jakości produkowanego cukru, co dało asumpt do zamknięcia rafinerii, zaś
Cukrownia Michałów została nawet wyróżniona w 1932 roku brązowym medalem
przyznanym za wybijającą się jakość cukru.
Cenny
turbozespół oraz wiele innych wartościowych urządzeń i silników elektrycznych
zostało zdemontowanych, pod nadzorem okupantów i wywiezionych z cukrowni latem
1944 roku. Wiosną 1945 roku pracownicy Cukrowni Michałów odnaleźli turbozespół w
cukrowni Mątwy, w pobliżu Inowrocławia, a wiele zdemontowanego sprzętu również w
cukrowni Kruszwica. W 1944 roku w cukrowni nie prowadzono kampanii, zaś w 1945
roku kampanię rozpoczęto 29 listopada, przerobiono 6845 t buraków i
wyprodukowano 880 t cukru.
W latach
1930 - 1939 trwał, w skali światowej, poważny kryzys, dlatego nie podejmowano
poważniejszych, kosztownych inwestycji. Po 1930 roku cukrownia osiągnęła moc
przetwórczą surowca wynoszącą około 700 t/dobę i ta wielkość przerobu
utrzymywała się aż do okresu powojennego. Gruntowniejsza modernizacja cukrowni
miała miejsce w 1967 roku i wówczas zainstalowano ekstraktor korytowy o
działaniu ciągłym. Nominalna zdolność przerobowa fabryki wzrosła do 1100 t/dobę.
Aż do unieruchomienia w 1996 roku mocy fabryki nie zwiększano.
W Cukrowni
Michałów ostatnią pełną kampanię, trwającą 89 dni, przeprowadzono w 1996 roku.
Przerobiono wówczas 78 202 t surowca wyprodukowano 8262 t cukru oraz 3894 t
melasu. Wydajność cukru z buraków wyniosła 10,56% nb. przy średniej przemysłu
wynoszącej 13,03% nb. Była to 143 i ostatnia kampania cukrowni oddanej do
eksploatacji w 1852 roku (kampanii w 1944 roku nie było). Po 152 latach od
zbudowania fabryki została jesienią 2004 roku zburzona. Był to skutek sprzedaży
przez Skarb Państwa strategicznemu inwestorowi zagranicznemu, jakim był British
Sugar, cukrowni: Ciechanów, Guzów, Kętrzyn, Michałów i Glinojeck. Aktualnie
produkcję cukru skoncentrowano w cukrowni Glinojeck, a pozostałe cukrownie będą
zlikwidowane.
Informacją
szczególnie interesującą jest liczba zatrudnionych pracowników stałych, która
około 1930 roku wynosiła 82 osoby, w tym 14 osób to pracownicy umysłowi.
Natomiast w 1987 roku liczba ta wynosiła 229 osób i niewiele mniej, po
unieruchomieniu fabryki, straciło pracę. W chwili przejęcia fabryki przez
inwestora strategicznego pracowało już zaledwie 37 osób.
"Zło tam szuka ofiary,
złe tam wiatry wieją,
gdzie fortuny rosną,
a ludzie niszczeją".
Oliver Goldsmith
Tą
refleksyjną i aktualną sentencją można by zakończyć relację o dziejach cukrowni,
zakładu przyjaznego człowiekowi, który połączony trwałymi więzami pracy i
przyjaźni żył na tej ziemi przez prawie osiem pokoleń, budując nieustannie i
cierpliwie lepszą przyszłość dla wnuków.
Czy był ten
człowiek również dobrym obywatelem i patriotą? Bardzo trudne pytanie, albowiem
od roku wybudowania fabryki, aż do odzyskania niepodległości upłynęło 66 lat,
które przeżyto w "mroku niewoli". Ilu chłopców służyło w armii zaborcy, ilu
zginęło w wojnie z Japonią na dalekim wschodzie, w latach 1904-1905, ilu w
pierwszej wojnie światowej 1914-1918, zapamięta niewątpliwie tylko metafizyczna
wieczność, całkowicie niezależna od naszej wiedzy, czy też niewiedzy,
historycznej. Natomiast czterech, którzy oddali życie za wolną Polskę, w latach
1919-1920, uwieczniono na tablicy umieszczonej wewnątrz świątyni. Dwóch z nich
zginęło w 1919 roku w walkach o Lwów, zaś jeden pod Zamościem i jedne pod
Radzyminem w 1920 roku. Był to pierwszy dar życia i krwi własnej, oddany przez
społeczność Leszna wolnej już Polsce. Materialnym wyrazem patriotyzmu było
ofiarowanie polskiej armii w 1938 roku wspólnie przez społeczności cukrowni:
Gosławice, Józefów, Michałów i Wieluń, trzech samolotów typu RWD - 17 wraz ze
spadochronami zla załóg. W latach 1939 - 1945, w okresie hitlerowskiej okupacji,
patriotycznych czynów i ofiar było znacznie więcej.
Z załogi
cukrowni zginęło siedem osób, których nazwiska uwieczniono na marmurowej tablicy
przytwierdzonej do ściany hali fabryki. Podczas burzenia budynku fabryki tablicę
tę zdjęto i postanowiono umieścić na ścianie odrestaurowanego, starego budynku
administracyjnego stojącego przy bramie wjazdowej, w pobliżu portierni.
Na
miejscowej nekropolii spoczywa grono mieszkańców Leszna, którzy albo w starciach
partyzanckich z bronią w ręku, albo w powstaniu warszawskim w 1944 roku, polegli
w obronie wolności i Ojczyzny. Kilku z nich ma groby symboliczne, albowiem ciała
spoczywają we wspólnych, powstańczych mogiłach na warszawskich Powązkach.
Szczegółowiej o walkach i ofiarach społeczności Leszna napisał w swojej
publikacji ks. Wojdecki [1]. Była to danina nie mająca sobie równych, bowiem
myła to danina krwi oraz własnego młodego życia, które każda istota otrzymuje, w
aurze miłości, tylko jeden raz. Jaka musiała być ogromna determinacja tych
zaangażowanych w walkę ochotników, którzy bez słowa skargi poświęcali najdroższy
skarb jakim zostali obdarzeni.
O tej
nieugiętej stanowczości świadczy także odwaga młodych ludzi, którzy 6 maja 1943
roku wjechali zakrytym, ciężarowym samochodem na podwórze cukrowni, szybko
wyskoczyli i idących pracowników zawrócili do biura, a sami dokonali natarcia na
budynek dyrektora, gdzie stacjonowała grupa niemieckich żołnierzy ochraniających
fabrykę. Po krótkiej strzelaninie, w której zginęło dwóch niemieckich żołnierzy,
weszli do środka budynku, rozebrali 6 osób z mundurów i z tym rynsztunkiem
szybko, bez strat odjechali w kierunku miejscowości Rochale, a później, zapewne okrężną drogą, wrócili
do puszczy, gdzie się ukrywali. Wojskowe mundury były im potrzebne do różnych
celów sabotażowych i odbijania z aresztów i więzień, a często rannych ze
szpitali, kolegów. Od tej pory Niemcy utrzymywali na stałe dwa dodatkowe
posterunki, jeden zbudowany na kominie fabryki, a drugi na skraju lasu.
Można to
wydarzenie różnie komentować, ale jedno jest pewne, że posłusznie i karnie wykonani
rozkaz dowództwa regularnej podziemnej armii polskiej, działającej w warunkach
bezlitosnej okupacji, armii jedynej w całej zajętej przez faszystów Europie. I
świadomość tej przynależności do ochotniczego ramienia zbrojnego narodu nadawała
szczególny sens i rangę ich zmaganiom z wrogiem. Dlatego o ich ofierze
społeczność lokalna pamięta i pamięć tę wiernie zachowuje.
"A kto w nieszczęściu nie był, jako żywie,
Nie wie co rozkosz, co dobro
prawdziwe!"
Wacław Potocki
Miejscowość
Leszno była w okresie okupacji jednym z punktów docelowych, przymusowego
osiedlania wielu wypędzonych z Wielkopolski - nazwanej Warthegau i przyłączonej
do Rzeszy - Polaków z różnych wiosek, miast i osiedli. Domy i majątek
wypędzonych zajmowali lokatorzy niemieccy, którzy zmuszeni w 1945 roku do
ucieczki ograbiali z reguły polskie domy, a wracający gospodarze zastawali
niemal puste pomieszczenia. Wielu nie wróciło z tej poniewierki w ogóle. O
kilku, znanych mi osobiście, losach wypędzonych pragnę wspomnieć, albowiem losy
te charakteryzują dobrze ludzką wrażliwość na niedolę rodaków poddanych wojennej
opresji. Ze społeczności cukrowniczej zostali wywiezieni z rodzinami do Leszna
m.in. dyrektorzy: Cukrowni Gosławice - inż. Tadeusz Swinarski i Cukrowni Kościan
- inż. Władysław Psarski jr. Obaj włączyli się do pracy w Cukrowni Michałów i
związali się z Armią Krajową. Obaj zamieszkali na osadzie cukrowni i obaj też
oddali życie za wolność Ojczyzny, uczestnicząc w powstaniu w Warszawie w 1944
roku. Z Cukrowni Gosławice trafił do Leszna także Władysław Żabicki -
magazynier, wraz z rodziną. Rodzinę tę przyjęli do swojego mieszkania państwo
Bronisław Grochowski - zmianowy Cukrowni Michałów - z małżonką Mieczysławą,
którzy opiekowali się tą rodziną bardzo troskliwie. Pan Bronisław zmarł w
1944r., natomiast jedyny syn pani Mieczysławy - Jerzy, także oddał swoje młode
życie, uczestnicząc w powstaniu w Warszawie w 1944r. W 1945r. państwo Żabiccy
powrócili do Gosławic, zaś pani Mieczysława została sama, podjęła pracę w
cukrowni i pracę tę zakończyła wówczas, gdy przeszła na emeryturę. Państwo
Żabiccy i ich dzieci, wdzięczni za troskliwą opiekę, w okresie pogardy godności
ludzkiej, utrzymywali nadal serdeczne kontakty z opiekunką. Poprzez swego
sąsiada, mieszkającego w tym samym budynku, a naszego serdecznego przyjaciela
Jana Szadkowskiego - mechanika Cukrowni Gosławice - włączyli i naszą rodzinę do
tej troski o los samotnej żony i matki, aż do jej śmierci w 1986 roku. Nasza
opieka nam miejscem ich wiecznego spoczynku trwa nadal, chociaż nie my byliśmy
bezpośrednimi wygnańcami, którym okazano piękno ludzkiego serca i pochylono się
w pokorze nad tragedią, jaką niesie często nieodgadniony, człowieczy los.
Do Leszna
dotarł także lekarz Roman Taborski, wypędzony wraz z rodziną z Opalenicy i
zamieszkał u p. Krawczyków przy ulicy Sochaczewskiej. Pan Stanisław Krawczyk był
kowalem i pracował we własnej kuźni. Jako osoba potrafiąca ulżyć cierpiącemu
ciału, uczynił p. Roman wiele dobrego dla miejscowej ludności, a także tych,
którzy postanowili każdego dnia i każdej nocy walczyć z okupantem. Ci dzielni
obrońcy naszej wolności przebywali w puszczy, gdzie było przygotowane na łąkach
miejsce lądowań "cichociemnych" i zrzutów z samolotów, dostarczających różne
przesyłki, tak bardzo cenne w okresie wojennym. Kiedy doszło do potyczek lub
poważniejszych akcji zbrojnych, zawsze byli ranni wymagający pilnie medycznej
pomocy. Przyjeżdżano wówczas, głównie nocą po lekarza, który według relacji osób
pamiętających czas wojenny nigdy pomocy tej nie odmówił. W wigilię Bożego
Narodzenia 1943r. wezwała pilnie lekarza, do chorego dziecka, żona nauczyciela
Stanisława Aleksandrzaka, który został aresztowany i deportowany do obozu w
Oświęcimiu. Lekarz przybiegł i pomocy dziecku udzielił, a wychodząc z domu upadł
na schodach i nagle zmarł. Pochowany został na cmentarzu parafialnym w Lesznie.
Osierocona rodzina powróciła szczęśliwie do Opalenicy w 1945r. Tam Szczęsna,
córka p. Romana, poznała Jana Ponieckiego i go poślubiła. Los cukrownika
prowadził ich z Opalenicy przez Gosławice, Witaszyce do Poznania, gdzie p. Jan
pracował w P.P. Cukrownie Wielkopolskie, aż do osiągnięcia wieku emerytalnego. W
Poznaniu też zgasło ich życie i spoczęli na miejscowym cmentarzu.
Osobiście
miałem wyjątkową okazję i niezwykłą przyjemność poznać p. Szczęsną, właśnie w
Gosławicach w 1950r. Trzeba dać, i czynię to z ogromną satysfakcją, świadectwo o
człowieku bezgranicznie szczerym, niespotykanie dobrym i ofiarnym. Wielokrotnie
gościłem jako student w mieszkaniu p. Ponieckich i wówczas to usłyszałem wiele
przychylnych słów i serdecznych wspomnień o Lesznie. Wojenna tułaczka oraz
sieroca dola wzbudziły w tej pogodnej istocie niezgłębioną empatię do czynienia
dobra i służenia pomocą potrzebującym. Wiadomo mi, że pomagała bezinteresownie
wielu osobom, w tym nauczycielce - wdowie z dzieckiem, która jako repatriantka
ze wschodu trafiła na wioskę, w pobliżu Konina.
"Bije zegar godziny, my wtedy
mawiamy:
"Jak ten czas szybko
mija!
- a to my przemijamy"".
Stanisław Jachowicz
Dociekliwy
Czytelnik niniejszego tekstu zapewne zapyta: "Po co w tej relacji zamieszczono
te wspomnienia?" Otóż są ku temu dwa ważne powody, które pragnę ocalić od
zapomnienia.
Powód pierwszy - Rodzina cukrownicza
Rodzące się
na ziemiach polskich cukrownictwo, w wieku XIX, miało swe korzenie umocowane
silnie w dużych majątkach właścicielskich. Po dwóch stłumionych okrutnie
powstaniach narodowych i po "Wiośnie Ludów", które podjęli i realizowali
niepokorni patrioci, w aurze romantycznych uniesień, nadszedł czas pozytywizmu i
rozpoczęcia pracy od podstaw. Przeminęła bowiem Rzeczpospolita szlachecka, a
wraz z nią nieograniczona wolność braci w kontuszach, wyrażająca się nader
często niegodziwą swawolą w stosunku do poddanego ludu. Brać ta została przez
zaborcę dotkliwie ukarana i w znacznej części rozproszona po ogromnej
przestrzeni, począwszy od Syberii aż po Francję, Włochy i Turcję. Historia
dzieje tej generacji już zjadła, chociaż do końca jeszcze nie przetrawiła. Po
tych traumatycznych doświadczeniach nastąpiło otrzeźwienie i zrozumiano wreszcie
co, w rzeczywistości żyjącego ówcześnie pokolenia, oznacza profetyczne wezwanie
XII. księgi Pana Tadeusza - "Kochajmy się"! A wezwanie to miało swe źródło w
świadomości poety, który przeczuł, że nie ma już w narodzie takiego
zorganizowanego pokolenia, które mogłoby stać się siłą sprawczą zdolną do
wytyczenia drogi prowadzącej do odzyskania Ojczyzny i Wolności wszystkich
żyjących na tej umęczonej ziemi. Trzeba przeto włączyć w dzieło budowy gmachu
powszechnego patriotyzmu i obywatelskiego obowiązku szerokie rzesze ludzi
wykluczonych z praw im należnych.
Dzieło to
zostało podjęte, a cukrownicy stanęli w czołówce awangardy wprowadzającej w czyn
wezwania wieszcza. I tak to rozpoczęło się tworzenie "Rodziny cukrowniczej", ze
wszystkimi ważniejszymi atrybutami przynależnymi rodzinie, z której wyszedł w
szeroki świat również każdy z nas. Żyjące dziś pokolenie, obdarzone pełnymi
prawami i obowiązkami obywatelskimi, w wolnej Ojczyźnie, nie doszukuje się
źródeł skąd i kiedy ten dar spłynął w nasz czas i nasze życie, ale zna z
autopsji ogromną, społeczną jego wartość ofiarowaną nam bezinteresownie przez
antenatów. Nasze pokolenie musi przeto stale pamiętać, że zastana przez nas,
utrwalona przez dziesiątki lat tradycja nie jest tworem "deus ex machina", ale
jest wianem przekazanym nam w pokoleniowy depozyt, którego nie wolno roztrwonić,
lecz pięknie ozdobić własnym dorobkiem i oddać w godne ręce następców.
Przeżywszy
bez mała 60 lat w tym środowisku i doznawszy po wielokroć opieki i troski od
serdecznych członków "Rodziny cukrowniczej", nie doświadczyłem nigdy, trzeba
słowo to powtórzyć: nigdy, odmowy,
obojętności czy lekceważenia. Dlatego błogosławię swój los, że skierował moją
drogę życia ku tej dziedzinie. W okresie wojennym Rodzina ta okazała się
nieocenionym Dobrem dla tych, którzy zostali poddani szczególnej udręce. Sądzę,
że większość z nas docenia piękno życia w społeczności noszącej tak niezwykłe
imię, jakim jest "Rodzina".
"Każdy bezwiednie i niejasno czuje,
Że jest gdzieś dobro, co duszę pokoi,
Więc go koniecznie dostać
usiłuje."
Dante Alighieri
Powód drugi - Wspólnota
losu
Każdy
człowiek, któremu dane było przeżyć, czy to na wschodzie, czy na zachodzie
kraju, gehennę lat II Wojny Światowej, dotknięty został doświadczeniem
traumatycznym, pozostawiającym bolesne blizny na całe dalsze życie. Istota
ludzka zraniona urazami sięgającymi do najgłębszych pokładów własnej egzystencji
przeżywa takie zdarzenia w sposób wstrząsający. Aktualnie jest to generacja
licząca sobie 70 lat i więcej. Pokolenia młodsze mogły, ale już w innej skali,
doznać podobnych urazów spowodowanych odmiennymi przyczynami, jak np.
powojennymi aresztowaniami, losowymi klęskami pożaru lub powodzi, a także
skutkami wprowadzenia stanu wojennego. Takim to ludziom, którym zniszczono
fundament stanowiący ostoję ich życia, nie trzeba wyjaśniać, co to znaczy "Wspólnota losu". W okresie wojennym
"wspólnota losu" zyskała dodatkowy atrybut w postaci zniewolenia całego narodu
przez zaborców, którzy wynieśli "Zło" na szczyty hańby ludzkiej,
dokonując w sposób infernalny nawet masowego ludobójstwa. Nasz naród wiedział
doskonale, że nic nie będzie nam oszczędzone, natomiast każda, nawet
najokrutniejsza zbrodnia będzie dopuszczona i z reguły nagrodzona. Nikt zatem
nie mógł spać spokojnie, albowiem życie żadnego mieszkańca tej ziemi nie było
obwarowane pewnością, zaś los każdego był śmiertelnie zagrożony. Warunki te
zrodziły szlachetne współczucie i ofiarność w dzieleniu się wszystkim, co się
posiadało, z wypędzonymi, ponieważ jutro podobna tragedia mogła być udziałem
każdego. Dzielono się więc nie tylko chlebem, ale także mieszkaniem i odzieżą, a
nade wszystko serdecznymi gestami przyjaźni, dobrocią serc i troskliwą opieką
nad wygnańcami.
A wygnańcy
przeżywszy szczęśliwie pośród Leszkowskiej społeczności czasy udręki i
powróciwszy do swoich, obrabowanych przez najeźdźców domostw, pielęgnowali
wdzięczność dla wspaniałych dobroczyńców, aż do opuszczenia tego świata na
zawsze. Starali się również, i to bardzo, odwzajemnić darem serc wobec innych
potrzebujących wsparcia, a w szczególności wobec tych, którzy również wypędzeni
z terenów wschodnich poszukiwali swego miejsca na tym doświadczonym bezlitosnym
cierpieniem skrawku ziemi.
Takie to
wspaniałe owoce rodzi w sercach i umysłach szlachetnych ludzi "Wspólnota losu".
W Lesznie znalazło się wielu dobrych ludzi, którzy odkryli w sobie delikatną
czułość i opiekuńczą troskę, i to wówczas, gdy każdego dnia i każdej nocy
szalała złowroga przemoc najeźdźcy.
Za tę
wspaniałomyślność i hart dzielnego ducha należy się tym, którzy odeszli już na
wieczny spoczynek, jak i żyjącym ludziom sprawiedliwym, bogatym w charyzmat
dzielenia się nawet ostatnią kromką chleba i miejscem w skromnej chacie, pokorny
pokłon wraz z serdecznym podziękowaniem oraz zapewnieniem, złożonym przez wnuków
wypędzonych ze swych siedzib, o naszej wdzięcznej pamięci.
"A potem.
przyjdą takie czarne chwile męki,
trwogi
przyjdą na życia rozstaje,
rozłogi
i staną słupem i szronią
jesienią
i dręczą duszę.
- lecz i te się zmienią".
Karol Wojtyła
I tak
przybliżył się, w upływającym czasie, do ludzkiej rzeczywistości rok 2004,
niosący w swym podróżnym węzełku na roczną wędrówkę werdykt wyburzenia cukrowni.
Werdykt ten został wykonany solidnie i do końca, bo takie warunki wynegocjował
inwestor strategiczny i na takie wyraził zgodę właściciel, którym było państwo
polskie. Nie był to właściciel sprzed 1939 roku, ani też społeczność powiązana z
fabryką etosem codziennych obowiązków, jako jednostek kreatywnych i godnych
zarówno uczciwej zapłaty, jak również uznania i szacunku. Dobrych słów tyczących
się uznania i szacunku nikt od właściciela rządowego nie usłyszał, a więc
radości serca, za rzetelnie wypełnioną ludzką powinność w życiu, nie doznał. I
była to ogromna krzywda uczyniona wielu społecznościom w tych zakładach pracy,
które zbyt często w pośpiechu i bardzo nieroztropnie zostały skazane na
likwidację. Los taki dotknął również Cukrownię Michałów. W IV kwartale 2004
roku, wybrana w przetargu firma zgromadziła stosowny sprzęt i rozpoczęto
burzenie obiektów. Całkowicie zniknęły budynki: kotłowni - oprócz komina
wykorzystywanego przez firmy telekomunikacyjne, turbinowni, wapniarni, hali
głównej fabryki i parterowych pomieszczeń magazynowych usytuowanych wzdłuż ulicy
Fabrycznej. Wyburzono również wszystkie spławy. Pozostały natomiast: hala byłych
warsztatów mechanicznych, północna część przylegająca do hali produkcyjnej, w
której mieściły się pomieszczenia służb technicznych i laboratorium oraz część
południowa, gdzie znajdowały się pomieszczenia biurowe administracji i służby
surowcowej, a także wolno stojący budynek ogniotrwały, gdzie magazynowano
materiały łatwopalne, który zamierzano przeznaczyć uprzednio na Muzeum
Cukrownictwa. Budynki te nie zostały zburzone, na życzenie nowego nabywcy
likwidowanego obiektu. Pięknym gestem ze strony inwestora strategicznego było
zachowanie i odrestaurowanie części frontowej z charakterystyczną bramą wjazdową
na teren fabryczny i budynkiem, na którym nadal widnieje napis "Cukrownia
Michałów" i przytwierdzona będzie pamiątkowa tablica z nazwiskami tych, którzy w
okresie wojennym oddali własne życie za ten wspaniały dar, jakim dla każdego
człowieka czynu jest przychylny warsztat pracy, dający poczucie spełnienia.
I tylko tyle
materialnych świadków czasu, który przeminął, pozostało z tętniącej życiem
fabryki. Pozostał także człowiek ze swym żalem i tęsknotą. Kiedy przystąpiono do
burzenia murów i fundamentów człowiek ten stanął, kierując wzrok ku pracującym
maszynom i ludziom je obsługującym i patrzył frasobliwie jak znika z ziemskiego
istnienia materialny dowód troski i zapobiegliwości pokoleń, które również
przeminęły.
I zdarzyło
się coś niebywałego, bo oto w pewnym momencie runął, wraz z konstrukcją, strop I
piętra hali głównej. Uderzenie o posadzkę parteru było tak silne, że stojący w
grupie człowiek odczuł drżenie ziemi i ujrzał unoszący się gwałtownie ku górze
obłok pyłu z roztrzaskanych cegieł i zaprawy. Potoczyła się wówczas powolutku po
policzkach wielu gorąca łza zaprawiona słoną goryczą i pozostawiająca, jak
rozpalone żelazo, ślad będący oznaką ogromnego przeżycia i bólu.
Tak pożegnał
pracowity człowiek ulatującego "ducha
przyjaznej przestrzeni", w której upłynęło wiele lat znojnego życia
znaczonego obowiązkiem zakazanym przez racjonalny rozum oraz radością bijącego,
żywego serca.
A cóż
pozostało? Pozostał zaledwie "Smutek tych rzeczy."
"Wszystko mija - przechodzi,
Oddala się - zacienia,
Na mgławej płynie łodzi
Ku morzu zapomnienia.
Traci się radość zdarzeń
I ból się z wolna leczy -
Zostaje tylko, jak stygmat z oparzeń,
Smutek tych rzeczy."
Władysław Orkan "Wszystko przemija"
Jednakże
doświadczona przeżyciami i pragmatyczna istota ludzka zachowuje pieczołowicie tę
pewność, że nie należy żałować smutku i rozgoryczenia, ponieważ nurt życia ani
się nie zatrzyma, ani nie cofnie wstecz.
A zatem będą
to tylko:
"Daremne żale i próżny trud,
Bezsilne złorzeczenia.
Przeżytych kształtów żaden
cud
Nie wróci do istnienia".
Wg
Adama Asnyka
Trzeba więc
przyjąć postawę człowieka pełnego nadziei i optymizmu. Rodzi się, bowiem nowe i
zapewne równie interesujące życie.
W hali
warsztatów mechanicznych pracuje już grupa ludzi montujących na podwoziach
samochodowych termiczne boksy oraz prowadzi naprawy i konserwację chłodni
samochodowych. W przygotowaniu są także plany budowy nowej hali produkcyjnej, w
której będą wytwarzane wkrótce różne wyroby służące do użytku w gospodarstwie
domowym.
Można, więc
sądzić, że w niedługim czasie znajdzie zatrudnienie łącznie około 100 osób.
Większość z tych pracowników stanowić będzie zapewne już młode, kolejne
pokolenie, niezwiązane sentymentalnie z cukrownią. Epoka seniorów bezpowrotnie
przeminęła, więc niechaj nabyta życiowa mądrość pogodzi ich z następcami,
których gorejące i błyszczące w przestworzach gwiazdy też niechybnie w
przyszłości zagasną, albowiem:
"Każda epoka ma swe własne
cele
I zapomina o wczorajszych
snach.
Nieście więc wiedzy pochodnię na
czele
I nowy udział bierzcie w wieków dziele
(.)
Prawdziwa mądrość niechaj was pogodzi.
I wasze gwiazdy, o zdobywcy młodzi,
W ciemnościach pogasną
znów!"
Adam Asnyk "Do młodych"
zobacz galerię
zdjęć
Spis
literatury:
[1] Ks.
Waldemar Wojdecki: Dzieje Leszna i Puszczy Kampinoskiej. Wyd. Lumen; Leszno
1998.
[2] Anon:
Opracowanie historyczne - Cukrownia Michałów. Maszynopis, 17 stron.
[3] Roczniki
Gazety Cukrowniczej z lat 1893 - 1996.
Od
autora: Pragnę serdecznie podziękować pani Jolancie Rymkiewiczowej, wnuczce
Wacława Głowackiego, za umożliwienie opublikowania zdjęć z lat 1928-1929.
Dziękuję także Panom: Stanisławowi Kacprzakowi, Stanisławowi Świsłowskiemu i
Feliksowi Witkowskiemu za przekazanie mi wielu cennych informacji z minionej
przeszłości.
Powyższy artykuł ukazał
się w numerze 8/2005 Gazety Cukrowniczej. Jego autorowi, Panu doc. dr inż.
Edmundowi W. Waleriańczykowi, w imieniu mieszkańców Gminy Leszno, składamy
serdeczne podziękowania za przybliżenie historii "Cukrowni Michałów", która była
symbolem Leszna i na zawsze pozostanie trwałym elementem naszej historii.
| |