Wspomnienia mieszkańców

ostatnia zmiana: 21.09.2012
 

 

"Nie bądź pewny, że masz czas,

bo to pewność niepewna."

Ks. Jan Twardowski

 

Inspiracją do napisania niniejszej relacji jest osobiste doświadczenie i przeżycie faktu zamknięcia i likwidacji cukrowni, która w zamyśle budowniczych miała być budowlą trwałą, a jednak w rzeczywistości tego świata okazała się, jak każde dzieło ludzkie, naczyniem kruchym i przemijającym.  

Moje pierwsze zetknięcie z tą cukrownią miało miejsce w 1970 roku, kiedy to zamieszkałem, razem z rodziną, w budynku zbudowanym specjalnie na potrzeby Instytutu Przemysłu Cukrowniczego w Lesznie, gdzie istniała od 1852 roku i pracowała podczas kampanii Cukrownia Michałów. W tym okresie produkowano w tejże fabryce około 1% cukru w skali kraju. W 1967r. była to więc cukrownia niewielka, wyposażona w ekstraktor o przerobie nominalnym 1100t/d buraków. Ta stosunkowo niewielka produkcja w połączeniu z bliskością Warszawy, stały się główną przesłanką do podjęcia starań zmierzających do całkowitego wyłączenia z bilansowania w planach państwowych tej niewielkiej produkcji i przekazania fabryki Instytutowi jako zakładu, w którym prowadzone będą różne eksperymenty związane z postępem realizowanym w pełnej skali technicznej, a otrzymane rezultaty będą następnie upowszechniane w pozostałych cukrowniach krajowych.

Pierwsze próby zintegrowania Instytutu z Cukrownią Michałów podjęto już w 1948 roku, opracowując odpowiednio uzasadniony wniosek skierowany do władz nadrzędnych przemysłu. Próby takie ponawiano kilkakrotnie i wszystkie kończyły się niepowodzeniem. Do takiej celowej integracji nie można było przekonać władz partyjnych, zaś w cukrowni: kierownictwa pragnącego zachować samodzielność, władz związkowych i partyjnych oraz Rady Pracowniczej. Ten opór organizacji lokalnych okazał się główną i skuteczną zaporą uniemożliwiającą integrację. Mimo trudności problem drążono i w latach 1950 - 1970 zrealizowano z funduszów centralnych aż cztery ważne zadania inwestycyjne, a mianowicie:

- nowy budynek warsztatów mechanicznych, wyposażony w suwnicę o nośności 4,5 t oraz różnego rodzaju maszyny służące do obróbki metali,

- dwa duże bloki mieszkalne dla kadr integrowanej jednostki, które zlokalizowano na osadzie fabrycznej,

- dwa duże bloki mieszkalne dla kadr Instytutu i Zjednoczenia Przemysłu Cukrowniczego, które oddano do użytku w 1970 roku, a które stanęły przy ul. Sochaczewskiej,

- dwupiętrowy, wolno stojący budynek z kotłownią i szklarnią na potrzeby badawcze Instytutu, oddany do eksploatacji w 1970 roku.

Serdeczne podziękowanie za doprowadzenie do zrealizowania tychże obiektów należą się głównie inż. Erwinowi Furtakowi - dyrektorowi technicznemu Centralnego Zarządu Przemysłu Cukrowniczego oraz mgr inż. Wiesławowi Góralczykowi, dyrektorowi technicznemu, a następnie naczelnemu, Zjednoczenia Przemysłu Cukrowniczego. To Ci dwaj zapobiegliwi koledzy i żarliwi cukrownicy czuwali nad postępem prac i wykonawstwem podjętych zadań. Dziś, mimo że nie doszło do pełnej realizacji ich zamierzeń, to pozostawili po sobie trwały ślad. Wiele rodzin zamieszkujących dziś w budynkach oddanych wówczas do użytku, nawet nie wie, komu zawdzięcza dach nad głową. Obiekty te zbudowano bowiem, obciążając kosztami cały przemysł cukrowniczy, a nie Cukrownię Michałów, która stała się, zupełnie przypadkowo, ich właścicielem. Po 1970 roku zrodziła się znacznie szersza koncepcja, w której uwzględniano budowę:

- hali technologicznej zlokalizowanej w byłym ogrodzie dyrektora cukrowni,

- muzeum przemysłu cukrowniczego,

- ośrodka szkoleniowego kadr przemysłu,

- biblioteki i centrum informacyjnego,

- budynku administracyjnego dla kierownictwa przemysłu.

Podjęto odpowiednie studia i prace przygotowawcze, które prowadziło głównie Biuro Projektów "Cukroprojekt". Do końca lat 70. prace te były dobrze zaawansowane. Niestety, trwający nadal opór oraz wydarzenia, jakie miały miejsce w kraju po 1980 roku nie pozwoliły na realizację tych śmiałych zamierzeń. Sądzić należy, że gdyby ze strony załogi cukrowni były wsparcie i pomoc, wówczas plany te byłyby znacznie wcześniej skutecznie urzeczywistnione. Tak to opór i upór, będące immanentnymi cechami ludzi bez daru wyobraźni i poczucia konieczności budowania fundamentów dla lepszej przyszłości, są zdolne zniszczyć każde dobro, nawet to najcenniejsze, bo wspólne.

 

 

"Wystarczy, abyś nie czynił tego,

 czego nie należy,

a zrobisz wszystko, co trzeba"

Lew Tołstoj    

Na powyższej sentencji trzeba zakończyć tę syntetyczną relację o ogromnej szansie cywilizacyjnej, jaką miała społeczność Leszna, szanse niedocenionej i tak nieroztropnie zmarnowanej. To zaniechanie z czasów PRL zniszczyło przyszłość, czego wielu z nas jest świadkami i zarazem ofiarami.

O okresie budowy cukrowni ks. Waldemar Wojdecki napisał tak [1]: "Przełomową datą dla Leszna był rok 1849, kiedy to właściciel majątku w Lesznie Michał Piotrowski oraz Jan Bersohn i S-ka rozpoczęli budowę "Cukrowni Michałów" (Cukrowni nadano nazwę "Michałów" najprawdopodobniej od imienia Piotrowskiego, właściciela gruntów, na których stanęła cukrownia). Nazwa ta trwa i nie zaginie, ponieważ przyjęła się powszechnie jako nazwa osady cukrowniczej w Lesznie. Budowa trwała trzy lata. Cukrownia po uruchomieniu zatrudniała około 200 osób, a wartość całego zakładu oszacowano na 200 000 rubli.

Nowy właściciel majątku i cukrowni Jan Bersohn (pisownia oryginalna), wyznania mojżeszowego, odkupił dobra od Piotrowskich. Wziął się energicznie i umiejętnie do prowadzenia cukrowni i gospodarstwa rolnego. Stworzył akcyjne towarzystwo Cukrownia Michałów, w którym miał większość akcji. Cukrownia przerabiała wówczas 3000 kwintali buraków na dobę. W latach późniejszych znaczną część udziałów w spółce miała rodzina Przeworskich. Ostatnim administratorem cukrowni był Michał Berson (nazwisko zapewne po odzyskaniu niepodległości zostało spolszczone), który zginął w Warszawie w 1944 roku. Interesująca i znamienna jest ta zbieżność imion. Pierwszy Michał to fundator fabryki, zaś ostatni to Michał administrator. Bersonowie związali się z Lesznem, wybudowali  parku, w pobliżu cukrowni pałac i zamieszkiwali w nim aż do wybuchu II Wojny Światowej w 1939 roku.

W latach 1939 - 1944 w pałacu rezydowała niemiecka żandarmeria. Obiekt ten został w 1945 roku oddany do użytku wielu rodzinom pracującym w majątku rolnym (PGR) i uległ poważnemu zniszczeniu. W latach 80. zniszczony pałac zakupił Bank Gospodarki Żywnościowej i zabytek odrestaurowano wraz z parkiem oraz rozbudowano, tworząc prężny ośrodek szkoleniowy kadr własnych.

Cukrownia od początku swego istnienia nie miała większych szans na poważny rozwój. Wynikało to z lokalizacji fabryki w Lesznie, położonym tuż przy południowym skraju Puszczy Kampinoskiej, która swym zasięgiem obejmowała całą północną część regionu ciągnącego się aż do Wisły. Wcześniej wybudowane już były i pracowały cukrownie: Guzów w 1827 roku i Hermanów w 1838 roku (w ziemi Sochaczewskiej), a nieco później cukrownia Józefów w 1869 roku, zlokalizowana w pobliżu stacji kolejowej w Płochocinie. Cukrownie te umożliwiły poszerzenie upraw buraków cukrowni Michałów w kierunku południowym, poza linię torów kolejowych Warszawa - Łowicz. Pomimo że cukrownia Hermanów została zamknięta, a cukrownię Józefów zniszczył pożar w 1947 roku, to szans na poważny rozwój cukrownia nadal nie miała.

Pierwszym dyrektorem cukrowni był J. Bielanowski, o czym świadczy dokument z 1868 roku, w którym zapewne kolejny administrator, Bernard Bersohn informuje, że przysyła z Warszawy przez pachciarza (dzierżawcę - zwykle szynku), dla kasy cukrowni 600 rubli [2].

Ksiądz Wojdecki podaje także, że Bersohnowie byli pochodzenia żydowskiego, ale przyjęli chrzest i należeli do kościoła katolickiego".

Na przełomie wieków XIX i XX ks. Ignacy Kubiński - powstaniec styczniowy - uwieczniony stosowną tablicą umieszczoną na jednym z wewnętrznych filarów, zbudował nową świątynię. Bersohnowie na budowę tej świątyni przeznaczyli z majątku 3600 rubli, z cukrowni 2000 rubli, a także z własnej cegielni 1 mln sztuk cegieł. Zakupili także do świątyni znaczną ilość wyposażenia i paramentów [1]. Dzięki wsparciu budowy przez takich sponsorów, w Lesznie stanął jeden z najpiękniejszych kościołów w okolicy. W prezbiterium tejże świątyni są wspaniałe, z owego czasu, witraże i objęte kuratelą konserwatora zabytków dwa freski wykonane przez artystę Feliksa Koneckiego w 1912 roku, na wzór "Biblii Pauperum", przedstawiające sceny: Objawienia Pańskiego i Ustanowienia Eucharystii. Na tej pierwszej polichromii, w gronie osób oddających hołd są uwiecznieni, ówczesny proboszcz ks. Czesław Skomorowski oraz znany z gorliwości i aktywności społecznej Wacław Głowacki.

Z ofiarności Bersohnów wynika, że chętnie włączali się w działalność dotyczącą kultu religijnego. Z różnych zapisów można wnioskować, iż nie byli pozbawieni daru altruizmu. Niezależnie bowiem od otrzymywanego wynagrodzenia pracownikom przyznawano dodatki w naturze, takie jak: bezpłatne mieszkania, węgiel i drewno na opał, cukier, wysłodki i paszę niezbędną do wyżywienia jednej krowy, zaś robotnikom za okres choroby wypłacano uznaniowe zapomogi, a wdowom zapewniano pracę, podczas kampanii, w pierwszej kolejności. Oprócz wymienionych ekwiwalentów w naturze, z funduszów cukrowni pokrywano np. koszty: pomocy akuszerki przy porodzie dziecka, stawiania pijawek, udzielania pojazdów na różne rodzinne uroczystości oraz wspierano bezpłatnie różnymi lekami znajdującymi się w apteczce fabrycznej [1,2].

Działalność ta świadczyła, że pracownicy byli otoczeni na pewno skromną i niewystarczającą, ale jednakże opieką i troską.

 

 

"Dobre drzewo dobrym się owocem okrywa,

Dobry człowiek z dobrych czynów poznawany bywa".

Wacław Potocki  

W tym miejscu wspomnieć należy, że zarówno działalność cukrowni, jak i codzienne życie ludzi związanych z fabryką osadzone były w warunkach dotkliwej niewoli rosyjskiej. Szczególnie po powstaniu styczniowym, w 1863r. nastąpiło dramatyczne zaostrzenie wszelkich rygorów. Życie toczyło się więc w bezustannych zabiegach o przetrwanie dziś, a nie o jaśniejsze jutro. Polska i Polacy byli w niewoli, a więc niewolnikami - o tym smutnym czasie zniewolenia narodu należy wciąż pamiętać. Taki stan, nieco tylko łagodzący wraz z upływem czasu, trwał aż do wywalczenia niepodległości w 1918 roku.  Jaką mocą moralną i siłą niepokonanego ducha, żyjącego wiarą i tęsknotą za wolnością, dysponowali nasi dziadowie, że nie ulegli i zwyciężyli?

Ogromny podziw, szacunek wnuków i serdeczne słowa modlitwy, to wszystko co możemy uczynić, dziękując niebu za Ich obecność na tej ziemi i ofiarowanie nam bezcennego życia oraz przekazanie dziedzictwa stanowiącego fundament lepszej egzystencji dla nas. Pomimo tak dotkliwych warunków zewnętrznych cukrownia zwiększała swoją moc przerobową i na miarę możliwości wprowadzano postęp techniczny w fabryce, a także w uprawie buraków cukrowych. Jeśli chodzi o wyposażenie cukrowni w maszyny i urządzenia technologiczne oraz energetyczne, to cukrownia Michałów nie różniła się niczym istotnym od innych cukrowni, w tym także działających na Ukrainie i w zaborze pruskim. Wodę na potrzeby cukrowni pobierano z jeziorka położonego w lesie, w bagnistym terenie, na skraju Puszczy Kampinoskiej, a służył do tego celu kierat, o czym świadczy treść pisma skierowanego przez Bersohna do dyrektora Bielanowskiego: "Jeżeli pompowanie wody kieratem jest uciążliwe, to proszę mnie uwiadomić, to sam będę u W. Lubańskiego i poproszę go o zezwolenie pożyczenia maneżu". W. Lubański był jednym z większych plantatorów. Zarówno kierat jak i maneż poruszane były zapewne przez pociągowe woły. Woda płynęła odkrytym rowem do stawu znajdującego się w pobliżu cukrowni. Aktualnie jeziorko to nie istnieje, bowiem zostało zamulone i zarosło roślinnością. W okresie późniejszym wybudowano stację pomp i pobierano wodę z rzeki Utraty. Woda również płynęła, kilka kilometrów, odkrytym rowem. Natomiast interesującym historycznym wydarzeniem było opalanie początkowo kotłów parowych drewnem pochodzącym z pobliskich lasów. Wycięto więc w tym okresie działalności fabryki znaczne ilości drzew, zmniejszając obszar dzisiejszej Puszczy Kampinoskiej. Takie, być może, było zamierzenie budowniczych, którzy tuż  przy lesie zbudowali cukrownię, ażeby nie dowozić opału z daleka. Drugim wydarzeniem było sprawdzanie aż z Wołynia opasowych wołów, które tuczono wysłodkami i korzystnie sprzedawano. Woły przywożono koleją do Warszawy, a dalej pędzono stadko do Leszna.

W ten sam sposób dostarczano konie, będące główną siłą pociągową w transporcie surowca i różnych towarów do cukrowni i z cukrowni. Dla transportu kluczową kwestią była jakość dróg, którymi zajęto się w pierwszej kolejności, utwardzając i brukując kamieniami polnymi ważniejsze szlaki. Główna droga łącząca Błonie z Lesznem pokryta była brukiem, na który położono dywanik z asfaltu dopiero w drugiej połowie wieku XX. Z obecnego punktu widzenia była to działalność i zapobiegliwość o bezcennym znaczeniu, albowiem dzięki temu wzrastał poziom cywilizacyjny i stan materialny mieszkańców. Nie ulega wątpliwości, że wiele trudu i wysiłku, a także środków finansowych włożyli w to dzieło właściciele fabryki, załoga i mieszkańcy wioski. Ten piękny dar antenatów powinien być w annałach zapisany i doceniony.

Staraniem i nakładami właścicieli cukrowni zbudowano również16 km torów kolejki wąskotorowej, które połączyły  cukrownię ze stacją kolejową w Błoniu oraz majątki: Pilaszków, Pogroszew i Zaborów. W majątkach tych uprawiano buraki cukrowe na dużych obszarach. Tory te zbudowano po 1920 roku, czyli po odzyskaniu niepodległości. W tym okresie likwidowano ten rodzaj transportu w wielu obiektach wojskowych (forty) i można było, po niskich cenach, zakupić tory oraz sprzęt. Z zapisów wynika, że w 1938 roku cukrownia dysponowała trzema parowozami i 77 wagonikami. Transport ten zlikwidowano całkowicie w latach 1975 - 1980, co oznacza, że służba kolejki trwała ponad pół wieku. Na wspomnienie zasługuje również fakt, że do 1914r. działała w Cukrowni Michalów rafineria. Otrzymywany wówczas cukier był niskiej jakości i należało poddać go procesowi rafinowania. Na przełomie wieków XIX i XX rafinerem był Stefan Siwecki, który zmarł w 1908r. na tyfus, atakujący w owym czasie bardzo skutecznie. Siwecki spoczął na cmentarzu w Lesznie, zaś na jego miejsce przyjęto w 1910r. W. Gościmskiego z cukrowi Silniczka.

Wydarzeniem o szerszym znaczeniu historycznym w dziejach cukrownictwa europejskiego, było zainstalowanie w 1914 roku przeciwprężnej turbiny, produkcji szwedzkiej. Fakt ten zarejestrowały wychodzące wówczas czasopisma fachowe i jest on także podawany w opracowaniach historycznych jako przełomowy, w dziedzinie postępu na odcinku energetyki przemysłowej. Turbina na ciśnienie pary 15 atn i 3000 obr/min wykazywała moc znamionową 600 KM , zaś generator prądu zmiennego 510 kW.

Dzięki tej inwestycji zdecydowanie wzrosło stosowanie napędów bezpośrednio silnikami elektrycznymi oraz lepiej oświetlono, nie tylko fabrykę, żarówkami. Natomiast od 1919 roku wykorzystano parę odlotową z turbiny do podgrzewania soku kierowanego do aparatów zagęszczających [3]. Ten postęp przyczynił się do odczuwalnej poprawy jakości produkowanego cukru, co dało asumpt do zamknięcia rafinerii, zaś Cukrownia Michałów została nawet wyróżniona w 1932 roku brązowym medalem przyznanym za wybijającą się jakość cukru.

Cenny turbozespół oraz wiele innych wartościowych urządzeń i silników elektrycznych zostało zdemontowanych, pod nadzorem okupantów i wywiezionych z cukrowni latem 1944 roku. Wiosną 1945 roku pracownicy Cukrowni Michałów odnaleźli turbozespół w cukrowni Mątwy, w pobliżu Inowrocławia, a wiele zdemontowanego sprzętu również w cukrowni Kruszwica. W 1944 roku w cukrowni nie prowadzono kampanii, zaś w 1945 roku kampanię rozpoczęto 29 listopada, przerobiono 6845 t buraków i wyprodukowano 880 t cukru.

W latach 1930 - 1939 trwał, w skali światowej, poważny kryzys, dlatego nie podejmowano poważniejszych, kosztownych inwestycji. Po 1930 roku cukrownia osiągnęła moc przetwórczą surowca wynoszącą około 700 t/dobę i ta wielkość przerobu utrzymywała się aż do okresu powojennego. Gruntowniejsza modernizacja cukrowni miała miejsce w 1967 roku i wówczas zainstalowano ekstraktor korytowy o działaniu ciągłym. Nominalna zdolność przerobowa fabryki wzrosła do 1100 t/dobę. Aż do unieruchomienia w 1996 roku mocy fabryki nie zwiększano.

W Cukrowni Michałów ostatnią pełną kampanię, trwającą 89 dni, przeprowadzono w 1996 roku. Przerobiono wówczas 78 202 t surowca wyprodukowano 8262 t cukru oraz 3894 t melasu. Wydajność cukru z buraków wyniosła 10,56% nb. przy średniej przemysłu wynoszącej 13,03% nb. Była to 143 i ostatnia kampania cukrowni oddanej do eksploatacji w 1852 roku (kampanii w 1944 roku nie było). Po 152 latach od zbudowania fabryki została jesienią 2004 roku zburzona. Był to skutek sprzedaży przez Skarb Państwa strategicznemu inwestorowi zagranicznemu, jakim był British Sugar, cukrowni: Ciechanów, Guzów, Kętrzyn, Michałów i Glinojeck. Aktualnie produkcję cukru skoncentrowano w cukrowni Glinojeck, a pozostałe cukrownie będą zlikwidowane.

Informacją szczególnie interesującą jest liczba zatrudnionych pracowników stałych, która około 1930 roku wynosiła 82 osoby, w tym 14 osób to pracownicy umysłowi. Natomiast w 1987 roku liczba ta wynosiła 229 osób i niewiele mniej, po unieruchomieniu fabryki, straciło pracę. W chwili przejęcia fabryki przez inwestora strategicznego pracowało już zaledwie 37 osób.

 

 

"Zło tam szuka ofiary,

złe tam wiatry wieją,

gdzie fortuny rosną,

a ludzie niszczeją".

Oliver Goldsmith       

Tą refleksyjną i aktualną sentencją można by zakończyć relację o dziejach cukrowni, zakładu przyjaznego człowiekowi, który połączony trwałymi więzami pracy i przyjaźni żył na tej ziemi przez prawie osiem pokoleń, budując nieustannie i cierpliwie lepszą przyszłość dla wnuków.

Czy był ten człowiek również dobrym obywatelem i patriotą? Bardzo trudne pytanie, albowiem od roku wybudowania fabryki, aż do odzyskania niepodległości upłynęło 66 lat, które przeżyto w "mroku niewoli". Ilu chłopców służyło w armii zaborcy, ilu zginęło w wojnie z Japonią na dalekim wschodzie, w latach 1904-1905, ilu w pierwszej wojnie światowej 1914-1918, zapamięta niewątpliwie tylko metafizyczna wieczność, całkowicie niezależna od naszej wiedzy, czy też niewiedzy, historycznej. Natomiast czterech, którzy oddali życie za wolną Polskę, w latach 1919-1920, uwieczniono na tablicy umieszczonej wewnątrz świątyni. Dwóch z nich zginęło w 1919 roku w walkach o Lwów, zaś jeden pod Zamościem i jedne pod Radzyminem w 1920 roku. Był to pierwszy dar życia i krwi własnej, oddany przez społeczność Leszna wolnej już Polsce. Materialnym wyrazem patriotyzmu było ofiarowanie polskiej armii w 1938 roku wspólnie przez społeczności cukrowni: Gosławice, Józefów, Michałów i Wieluń, trzech samolotów typu RWD - 17 wraz ze spadochronami zla załóg. W latach 1939 - 1945, w okresie hitlerowskiej okupacji, patriotycznych czynów i ofiar było znacznie więcej.

Z załogi cukrowni zginęło siedem osób, których nazwiska uwieczniono na marmurowej tablicy przytwierdzonej do ściany hali fabryki. Podczas burzenia budynku fabryki tablicę tę zdjęto i postanowiono umieścić na ścianie odrestaurowanego, starego budynku administracyjnego stojącego przy bramie wjazdowej, w pobliżu portierni.

Na miejscowej nekropolii spoczywa grono mieszkańców Leszna, którzy albo w starciach partyzanckich z bronią w ręku, albo w powstaniu warszawskim w 1944 roku, polegli w obronie wolności i Ojczyzny. Kilku z nich ma groby symboliczne, albowiem ciała spoczywają we wspólnych, powstańczych mogiłach na warszawskich Powązkach. Szczegółowiej o walkach i ofiarach społeczności Leszna napisał w swojej publikacji ks. Wojdecki [1]. Była to danina nie mająca sobie równych, bowiem myła to danina krwi oraz własnego młodego życia, które każda istota otrzymuje, w aurze miłości, tylko jeden raz. Jaka musiała być ogromna determinacja tych zaangażowanych w walkę ochotników, którzy bez słowa skargi poświęcali najdroższy skarb jakim zostali obdarzeni.

O tej nieugiętej stanowczości świadczy także odwaga młodych ludzi, którzy 6 maja 1943 roku wjechali zakrytym, ciężarowym samochodem na podwórze cukrowni, szybko wyskoczyli i idących pracowników zawrócili do biura, a sami dokonali natarcia na budynek dyrektora, gdzie stacjonowała grupa niemieckich żołnierzy ochraniających fabrykę. Po krótkiej strzelaninie, w której zginęło dwóch niemieckich żołnierzy, weszli do środka budynku, rozebrali 6 osób z mundurów i z tym rynsztunkiem szybko, bez strat odjechali w kierunku miejscowości Rochale, a  później, zapewne okrężną drogą, wrócili do puszczy, gdzie się ukrywali. Wojskowe mundury były im potrzebne do różnych celów sabotażowych i odbijania z aresztów i więzień, a często rannych ze szpitali, kolegów. Od tej pory Niemcy utrzymywali na stałe dwa dodatkowe posterunki, jeden zbudowany na kominie fabryki, a drugi na skraju lasu.

Można to wydarzenie różnie komentować, ale jedno jest  pewne, że posłusznie i karnie wykonani rozkaz dowództwa regularnej podziemnej armii polskiej, działającej w warunkach bezlitosnej okupacji, armii jedynej w całej zajętej przez faszystów Europie. I świadomość tej przynależności do ochotniczego ramienia zbrojnego narodu nadawała szczególny sens i rangę ich zmaganiom z wrogiem. Dlatego o ich ofierze społeczność lokalna pamięta i pamięć tę wiernie zachowuje.

 

 

"A kto w nieszczęściu nie był, jako żywie,

Nie wie co rozkosz, co dobro prawdziwe!"

Wacław Potocki

Miejscowość Leszno była w okresie okupacji jednym z punktów docelowych, przymusowego osiedlania wielu wypędzonych z Wielkopolski - nazwanej Warthegau i przyłączonej do Rzeszy - Polaków z różnych wiosek, miast i osiedli. Domy i majątek wypędzonych zajmowali lokatorzy niemieccy, którzy zmuszeni w 1945 roku do ucieczki ograbiali z reguły polskie domy, a wracający gospodarze zastawali niemal puste pomieszczenia. Wielu nie wróciło z tej poniewierki w ogóle. O kilku, znanych mi osobiście, losach wypędzonych pragnę wspomnieć, albowiem losy te charakteryzują dobrze ludzką wrażliwość na niedolę rodaków poddanych wojennej opresji. Ze społeczności cukrowniczej zostali wywiezieni z rodzinami do Leszna m.in. dyrektorzy: Cukrowni Gosławice - inż. Tadeusz Swinarski i Cukrowni Kościan - inż. Władysław Psarski jr. Obaj włączyli się do pracy w Cukrowni Michałów i związali się z Armią Krajową. Obaj zamieszkali na osadzie cukrowni i obaj też oddali życie za wolność Ojczyzny, uczestnicząc w powstaniu w Warszawie w 1944 roku. Z Cukrowni Gosławice trafił do Leszna także Władysław Żabicki - magazynier, wraz z rodziną. Rodzinę tę przyjęli do swojego mieszkania państwo Bronisław Grochowski - zmianowy Cukrowni Michałów - z małżonką Mieczysławą, którzy opiekowali się tą rodziną bardzo troskliwie. Pan Bronisław zmarł w 1944r., natomiast jedyny syn pani Mieczysławy - Jerzy, także oddał swoje młode życie, uczestnicząc w powstaniu w Warszawie w 1944r. W 1945r. państwo Żabiccy powrócili do Gosławic, zaś pani Mieczysława została sama, podjęła pracę w cukrowni i pracę tę zakończyła wówczas, gdy przeszła na emeryturę. Państwo Żabiccy i ich dzieci, wdzięczni za troskliwą opiekę, w okresie pogardy godności ludzkiej, utrzymywali nadal serdeczne kontakty z opiekunką. Poprzez swego sąsiada, mieszkającego w tym samym budynku, a naszego serdecznego przyjaciela Jana Szadkowskiego - mechanika Cukrowni Gosławice - włączyli i naszą rodzinę do tej troski o los samotnej żony i matki, aż do jej śmierci w 1986 roku. Nasza opieka nam miejscem ich wiecznego spoczynku trwa nadal, chociaż nie my byliśmy bezpośrednimi wygnańcami, którym okazano piękno ludzkiego serca i pochylono się w pokorze nad tragedią, jaką niesie często nieodgadniony, człowieczy los.

Do Leszna dotarł także lekarz Roman Taborski, wypędzony wraz z rodziną z Opalenicy i zamieszkał u p. Krawczyków przy ulicy Sochaczewskiej. Pan Stanisław Krawczyk był kowalem i pracował we własnej kuźni. Jako osoba potrafiąca ulżyć cierpiącemu ciału, uczynił p. Roman wiele dobrego dla miejscowej ludności, a także tych, którzy postanowili każdego dnia i każdej nocy walczyć z okupantem. Ci dzielni obrońcy naszej wolności przebywali w puszczy, gdzie było przygotowane na łąkach miejsce lądowań "cichociemnych" i zrzutów z samolotów, dostarczających różne przesyłki, tak bardzo cenne w okresie wojennym. Kiedy doszło do potyczek lub poważniejszych akcji zbrojnych, zawsze byli ranni wymagający pilnie medycznej pomocy. Przyjeżdżano wówczas, głównie nocą po lekarza, który według relacji osób pamiętających czas wojenny nigdy pomocy tej nie odmówił. W wigilię Bożego Narodzenia 1943r. wezwała pilnie lekarza, do chorego dziecka, żona nauczyciela Stanisława Aleksandrzaka, który został aresztowany i deportowany do obozu w Oświęcimiu. Lekarz przybiegł i pomocy dziecku udzielił, a wychodząc z domu upadł na schodach i nagle zmarł. Pochowany został na cmentarzu parafialnym w Lesznie. Osierocona rodzina powróciła szczęśliwie do Opalenicy w 1945r. Tam Szczęsna, córka p. Romana, poznała Jana Ponieckiego i go poślubiła. Los cukrownika prowadził ich z Opalenicy przez Gosławice, Witaszyce do Poznania, gdzie p. Jan pracował w P.P. Cukrownie Wielkopolskie, aż do osiągnięcia wieku emerytalnego. W Poznaniu też zgasło ich życie i spoczęli na miejscowym cmentarzu.

Osobiście miałem wyjątkową okazję i niezwykłą przyjemność poznać p. Szczęsną, właśnie w Gosławicach w 1950r. Trzeba dać, i czynię to z ogromną satysfakcją, świadectwo o człowieku bezgranicznie szczerym, niespotykanie dobrym i ofiarnym. Wielokrotnie gościłem jako student w mieszkaniu p. Ponieckich i wówczas to usłyszałem wiele przychylnych słów i serdecznych wspomnień o Lesznie. Wojenna tułaczka oraz sieroca dola wzbudziły w tej pogodnej istocie niezgłębioną empatię do czynienia dobra i służenia pomocą potrzebującym. Wiadomo mi, że pomagała bezinteresownie wielu osobom, w tym nauczycielce - wdowie z dzieckiem, która jako repatriantka ze wschodu trafiła na wioskę, w pobliżu Konina.

 

 

"Bije zegar godziny, my wtedy mawiamy:

"Jak ten czas szybko mija!

- a to my przemijamy"".

Stanisław Jachowicz

Dociekliwy Czytelnik niniejszego tekstu zapewne zapyta: "Po co w tej relacji zamieszczono te wspomnienia?" Otóż są ku temu dwa ważne powody, które pragnę ocalić od zapomnienia.

Powód pierwszy - Rodzina cukrownicza

Rodzące się na ziemiach polskich cukrownictwo, w wieku XIX, miało swe korzenie umocowane silnie w dużych majątkach właścicielskich. Po dwóch stłumionych okrutnie powstaniach narodowych i po "Wiośnie Ludów", które podjęli i realizowali niepokorni patrioci, w aurze romantycznych uniesień, nadszedł czas pozytywizmu i rozpoczęcia pracy od podstaw. Przeminęła bowiem Rzeczpospolita szlachecka, a wraz z nią nieograniczona wolność braci w kontuszach, wyrażająca się nader często niegodziwą swawolą w stosunku do poddanego ludu. Brać ta została przez zaborcę dotkliwie ukarana i w znacznej części rozproszona po ogromnej przestrzeni, począwszy od Syberii aż po Francję, Włochy i Turcję. Historia dzieje tej generacji już zjadła, chociaż do końca jeszcze nie przetrawiła. Po tych traumatycznych doświadczeniach nastąpiło otrzeźwienie i zrozumiano wreszcie co, w rzeczywistości żyjącego ówcześnie pokolenia, oznacza profetyczne wezwanie XII. księgi Pana Tadeusza - "Kochajmy się"! A wezwanie to miało swe źródło w świadomości poety, który przeczuł, że nie ma już w narodzie takiego zorganizowanego pokolenia, które mogłoby stać się siłą sprawczą zdolną do wytyczenia drogi prowadzącej do odzyskania Ojczyzny i Wolności wszystkich żyjących na tej umęczonej ziemi. Trzeba przeto włączyć w dzieło budowy gmachu powszechnego patriotyzmu i obywatelskiego obowiązku szerokie rzesze ludzi wykluczonych z praw im należnych.

Dzieło to zostało podjęte, a cukrownicy stanęli w czołówce awangardy wprowadzającej w czyn wezwania wieszcza. I tak to rozpoczęło się tworzenie "Rodziny cukrowniczej", ze wszystkimi ważniejszymi atrybutami przynależnymi rodzinie, z której wyszedł w szeroki świat również każdy z nas. Żyjące dziś pokolenie, obdarzone pełnymi prawami i obowiązkami obywatelskimi, w wolnej Ojczyźnie, nie doszukuje się źródeł skąd i kiedy ten dar spłynął w nasz czas i nasze życie, ale zna z autopsji ogromną, społeczną jego wartość ofiarowaną nam bezinteresownie przez antenatów. Nasze pokolenie musi przeto stale pamiętać, że zastana przez nas, utrwalona przez dziesiątki lat tradycja nie jest tworem "deus ex machina", ale jest wianem przekazanym nam w pokoleniowy depozyt, którego nie wolno roztrwonić, lecz pięknie ozdobić własnym dorobkiem i oddać w godne ręce następców.

Przeżywszy bez mała 60 lat w tym środowisku i doznawszy po wielokroć opieki i troski od serdecznych członków "Rodziny cukrowniczej", nie doświadczyłem nigdy, trzeba słowo to powtórzyć: nigdy, odmowy, obojętności czy lekceważenia. Dlatego błogosławię swój los, że skierował moją drogę życia ku tej dziedzinie. W okresie wojennym Rodzina ta okazała się nieocenionym Dobrem dla tych, którzy zostali poddani szczególnej udręce. Sądzę, że większość z nas docenia piękno życia w społeczności noszącej tak niezwykłe imię, jakim jest "Rodzina".

o ich ofierze społeczność lokalna pamięta i pamięć tę wiernie zachowuje.

 

 

"A kto w nieszczęściu nie był, jako żywie,

Nie wie co rozkosz, co dobro prawdziwe!"

Wacław Potocki

Miejscowość Leszno była w okresie okupacji jednym z punktów docelowych, przymusowego osiedlania wielu wypędzonych z Wielkopolski - nazwanej Warthegau i przyłączonej do Rzeszy - Polaków z różnych wiosek, miast i osiedli. Domy i majątek wypędzonych zajmowali lokatorzy niemieccy, którzy zmuszeni w 1945 roku do ucieczki ograbiali z reguły polskie domy, a wracający gospodarze zastawali niemal puste pomieszczenia. Wielu nie wróciło z tej poniewierki w ogóle. O kilku, znanych mi osobiście, losach wypędzonych pragnę wspomnieć, albowiem losy te charakteryzują dobrze ludzką wrażliwość na niedolę rodaków poddanych wojennej opresji. Ze społeczności cukrowniczej zostali wywiezieni z rodzinami do Leszna m.in. dyrektorzy: Cukrowni Gosławice - inż. Tadeusz Swinarski i Cukrowni Kościan - inż. Władysław Psarski jr. Obaj włączyli się do pracy w Cukrowni Michałów i związali się z Armią Krajową. Obaj zamieszkali na osadzie cukrowni i obaj też oddali życie za wolność Ojczyzny, uczestnicząc w powstaniu w Warszawie w 1944 roku. Z Cukrowni Gosławice trafił do Leszna także Władysław Żabicki - magazynier, wraz z rodziną. Rodzinę tę przyjęli do swojego mieszkania państwo Bronisław Grochowski - zmianowy Cukrowni Michałów - z małżonką Mieczysławą, którzy opiekowali się tą rodziną bardzo troskliwie. Pan Bronisław zmarł w 1944r., natomiast jedyny syn pani Mieczysławy - Jerzy, także oddał swoje młode życie, uczestnicząc w powstaniu w Warszawie w 1944r. W 1945r. państwo Żabiccy powrócili do Gosławic, zaś pani Mieczysława została sama, podjęła pracę w cukrowni i pracę tę zakończyła wówczas, gdy przeszła na emeryturę. Państwo Żabiccy i ich dzieci, wdzięczni za troskliwą opiekę, w okresie pogardy godności ludzkiej, utrzymywali nadal serdeczne kontakty z opiekunką. Poprzez swego sąsiada, mieszkającego w tym samym budynku, a naszego serdecznego przyjaciela Jana Szadkowskiego - mechanika Cukrowni Gosławice - włączyli i naszą rodzinę do tej troski o los samotnej żony i matki, aż do jej śmierci w 1986 roku. Nasza opieka nam miejscem ich wiecznego spoczynku trwa nadal, chociaż nie my byliśmy bezpośrednimi wygnańcami, którym okazano piękno ludzkiego serca i pochylono się w pokorze nad tragedią, jaką niesie często nieodgadniony, człowieczy los.

Do Leszna dotarł także lekarz Roman Taborski, wypędzony wraz z rodziną z Opalenicy i zamieszkał u p. Krawczyków przy ulicy Sochaczewskiej. Pan Stanisław Krawczyk był kowalem i pracował we własnej kuźni. Jako osoba potrafiąca ulżyć cierpiącemu ciału, uczynił p. Roman wiele dobrego dla miejscowej ludności, a także tych, którzy postanowili każdego dnia i każdej nocy walczyć z okupantem. Ci dzielni obrońcy naszej wolności przebywali w puszczy, gdzie było przygotowane na łąkach miejsce lądowań "cichociemnych" i zrzutów z samolotów, dostarczających różne przesyłki, tak bardzo cenne w okresie wojennym. Kiedy doszło do potyczek lub poważniejszych akcji zbrojnych, zawsze byli ranni wymagający pilnie medycznej pomocy. Przyjeżdżano wówczas, głównie nocą po lekarza, który według relacji osób pamiętających czas wojenny nigdy pomocy tej nie odmówił. W wigilię Bożego Narodzenia 1943r. wezwała pilnie lekarza, do chorego dziecka, żona nauczyciela Stanisława Aleksandrzaka, który został aresztowany i deportowany do obozu w Oświęcimiu. Lekarz przybiegł i pomocy dziecku udzielił, a wychodząc z domu upadł na schodach i nagle zmarł. Pochowany został na cmentarzu parafialnym w Lesznie. Osierocona rodzina powróciła szczęśliwie do Opalenicy w 1945r. Tam Szczęsna, córka p. Romana, poznała Jana Ponieckiego i go poślubiła. Los cukrownika prowadził ich z Opalenicy przez Gosławice, Witaszyce do Poznania, gdzie p. Jan pracował w P.P. Cukrownie Wielkopolskie, aż do osiągnięcia wieku emerytalnego. W Poznaniu też zgasło ich życie i spoczęli na miejscowym cmentarzu.

Osobiście miałem wyjątkową okazję i niezwykłą przyjemność poznać p. Szczęsną, właśnie w Gosławicach w 1950r. Trzeba dać, i czynię to z ogromną satysfakcją, świadectwo o człowieku bezgranicznie szczerym, niespotykanie dobrym i ofiarnym. Wielokrotnie gościłem jako student w mieszkaniu p. Ponieckich i wówczas to usłyszałem wiele przychylnych słów i serdecznych wspomnień o Lesznie. Wojenna tułaczka oraz sieroca dola wzbudziły w tej pogodnej istocie niezgłębioną empatię do czynienia dobra i służenia pomocą potrzebującym. Wiadomo mi, że pomagała bezinteresownie wielu osobom, w tym nauczycielce - wdowie z dzieckiem, która jako repatriantka ze wschodu trafiła na wioskę, w pobliżu Konina.

 

 

"Bije zegar godziny, my wtedy mawiamy:

"Jak ten czas szybko mija!

- a to my przemijamy"".

Stanisław Jachowicz

Dociekliwy Czytelnik niniejszego tekstu zapewne zapyta: "Po co w tej relacji zamieszczono te wspomnienia?" Otóż są ku temu dwa ważne powody, które pragnę ocalić od zapomnienia.

Powód pierwszy - Rodzina cukrownicza

Rodzące się na ziemiach polskich cukrownictwo, w wieku XIX, miało swe korzenie umocowane silnie w dużych majątkach właścicielskich. Po dwóch stłumionych okrutnie powstaniach narodowych i po "Wiośnie Ludów", które podjęli i realizowali niepokorni patrioci, w aurze romantycznych uniesień, nadszedł czas pozytywizmu i rozpoczęcia pracy od podstaw. Przeminęła bowiem Rzeczpospolita szlachecka, a wraz z nią nieograniczona wolność braci w kontuszach, wyrażająca się nader często niegodziwą swawolą w stosunku do poddanego ludu. Brać ta została przez zaborcę dotkliwie ukarana i w znacznej części rozproszona po ogromnej przestrzeni, począwszy od Syberii aż po Francję, Włochy i Turcję. Historia dzieje tej generacji już zjadła, chociaż do końca jeszcze nie przetrawiła. Po tych traumatycznych doświadczeniach nastąpiło otrzeźwienie i zrozumiano wreszcie co, w rzeczywistości żyjącego ówcześnie pokolenia, oznacza profetyczne wezwanie XII. księgi Pana Tadeusza - "Kochajmy się"! A wezwanie to miało swe źródło w świadomości poety, który przeczuł, że nie ma już w narodzie takiego zorganizowanego pokolenia, które mogłoby stać się siłą sprawczą zdolną do wytyczenia drogi prowadzącej do odzyskania Ojczyzny i Wolności wszystkich żyjących na tej umęczonej ziemi. Trzeba przeto włączyć w dzieło budowy gmachu powszechnego patriotyzmu i obywatelskiego obowiązku szerokie rzesze ludzi wykluczonych z praw im należnych.

Dzieło to zostało podjęte, a cukrownicy stanęli w czołówce awangardy wprowadzającej w czyn wezwania wieszcza. I tak to rozpoczęło się tworzenie "Rodziny cukrowniczej", ze wszystkimi ważniejszymi atrybutami przynależnymi rodzinie, z której wyszedł w szeroki świat również każdy z nas. Żyjące dziś pokolenie, obdarzone pełnymi prawami i obowiązkami obywatelskimi, w wolnej Ojczyźnie, nie doszukuje się źródeł skąd i kiedy ten dar spłynął w nasz czas i nasze życie, ale zna z autopsji ogromną, społeczną jego wartość ofiarowaną nam bezinteresownie przez antenatów. Nasze pokolenie musi przeto stale pamiętać, że zastana przez nas, utrwalona przez dziesiątki lat tradycja nie jest tworem "deus ex machina", ale jest wianem przekazanym nam w pokoleniowy depozyt, którego nie wolno roztrwonić, lecz pięknie ozdobić własnym dorobkiem i oddać w godne ręce następców.

Przeżywszy bez mała 60 lat w tym środowisku i doznawszy po wielokroć opieki i troski od serdecznych członków "Rodziny cukrowniczej", nie doświadczyłem nigdy, trzeba słowo to powtórzyć: nigdy, odmowy, obojętności czy lekceważenia. Dlatego błogosławię swój los, że skierował moją drogę życia ku tej dziedzinie. W okresie wojennym Rodzina ta okazała się nieocenionym Dobrem dla tych, którzy zostali poddani szczególnej udręce. Sądzę, że większość z nas docenia piękno życia w społeczności noszącej tak niezwykłe imię, jakim jest "Rodzina".

 

 

"Każdy bezwiednie i niejasno czuje,

Że jest gdzieś dobro, co duszę pokoi,

Więc go koniecznie dostać usiłuje."

Dante Alighieri             

 Powód drugi - Wspólnota losu

Każdy człowiek, któremu dane było przeżyć, czy to na wschodzie, czy na zachodzie kraju, gehennę lat II Wojny Światowej, dotknięty został doświadczeniem traumatycznym, pozostawiającym bolesne blizny na całe dalsze życie. Istota ludzka zraniona urazami sięgającymi do najgłębszych pokładów własnej egzystencji przeżywa takie zdarzenia w sposób wstrząsający. Aktualnie jest to generacja licząca sobie 70 lat i więcej. Pokolenia młodsze mogły, ale już w innej skali, doznać podobnych urazów spowodowanych odmiennymi przyczynami, jak np. powojennymi aresztowaniami, losowymi klęskami pożaru lub powodzi, a także skutkami wprowadzenia stanu wojennego. Takim to ludziom, którym zniszczono fundament stanowiący ostoję ich życia, nie trzeba wyjaśniać, co to znaczy "Wspólnota losu". W okresie wojennym "wspólnota losu" zyskała dodatkowy atrybut w postaci zniewolenia całego narodu przez zaborców, którzy wynieśli "Zło" na szczyty hańby ludzkiej, dokonując w sposób infernalny nawet masowego ludobójstwa. Nasz naród wiedział doskonale, że nic nie będzie nam oszczędzone, natomiast każda, nawet najokrutniejsza zbrodnia będzie dopuszczona i z reguły nagrodzona. Nikt zatem nie mógł spać spokojnie, albowiem życie żadnego mieszkańca tej ziemi nie było obwarowane pewnością, zaś los każdego był śmiertelnie zagrożony. Warunki te zrodziły szlachetne współczucie i ofiarność w dzieleniu się wszystkim, co się posiadało, z wypędzonymi, ponieważ jutro podobna tragedia mogła być udziałem każdego. Dzielono się więc nie tylko chlebem, ale także mieszkaniem i odzieżą, a nade wszystko serdecznymi gestami przyjaźni, dobrocią serc i troskliwą opieką nad wygnańcami.

A wygnańcy przeżywszy szczęśliwie pośród Leszkowskiej społeczności czasy udręki i powróciwszy do swoich, obrabowanych przez najeźdźców domostw, pielęgnowali wdzięczność dla wspaniałych dobroczyńców, aż do opuszczenia tego świata na zawsze. Starali się również, i to bardzo, odwzajemnić darem serc wobec innych potrzebujących wsparcia, a w szczególności wobec tych, którzy również wypędzeni z terenów wschodnich poszukiwali swego miejsca na tym doświadczonym bezlitosnym cierpieniem skrawku ziemi.

Takie to wspaniałe owoce rodzi w sercach i umysłach szlachetnych ludzi "Wspólnota losu". W Lesznie znalazło się wielu dobrych ludzi, którzy odkryli w sobie delikatną czułość i opiekuńczą troskę, i to wówczas, gdy każdego dnia i każdej nocy szalała złowroga przemoc najeźdźcy.

Za tę wspaniałomyślność i hart dzielnego ducha należy się tym, którzy odeszli już na wieczny spoczynek, jak i żyjącym ludziom sprawiedliwym, bogatym w charyzmat dzielenia się nawet ostatnią kromką chleba i miejscem w skromnej chacie, pokorny pokłon wraz z serdecznym podziękowaniem oraz zapewnieniem, złożonym przez wnuków wypędzonych ze swych siedzib, o naszej wdzięcznej pamięci.

 

 

"A potem.

przyjdą takie czarne chwile męki, trwogi

przyjdą na życia rozstaje, rozłogi

i staną słupem i szronią jesienią

i dręczą duszę.

- lecz i te się zmienią".

Karol Wojtyła

I tak przybliżył się, w upływającym czasie, do ludzkiej rzeczywistości rok 2004, niosący w swym podróżnym węzełku na roczną wędrówkę werdykt wyburzenia cukrowni. Werdykt ten został wykonany solidnie i do końca, bo takie warunki wynegocjował inwestor strategiczny i na takie wyraził zgodę właściciel, którym było państwo polskie. Nie był to właściciel sprzed 1939 roku, ani też społeczność powiązana z fabryką etosem codziennych obowiązków, jako jednostek kreatywnych i godnych zarówno uczciwej zapłaty, jak również uznania i szacunku. Dobrych słów tyczących się uznania i szacunku nikt od właściciela rządowego nie usłyszał, a więc radości serca, za rzetelnie wypełnioną ludzką powinność w życiu, nie doznał. I była to ogromna krzywda uczyniona wielu społecznościom w tych zakładach pracy, które zbyt często w pośpiechu i bardzo nieroztropnie zostały skazane na likwidację. Los taki dotknął również Cukrownię Michałów. W IV kwartale 2004 roku, wybrana w przetargu firma zgromadziła stosowny sprzęt i rozpoczęto burzenie obiektów. Całkowicie zniknęły budynki: kotłowni - oprócz komina wykorzystywanego przez firmy telekomunikacyjne, turbinowni, wapniarni, hali głównej fabryki i parterowych pomieszczeń magazynowych usytuowanych wzdłuż ulicy Fabrycznej. Wyburzono również wszystkie spławy. Pozostały natomiast: hala byłych warsztatów mechanicznych, północna część przylegająca do hali produkcyjnej, w której mieściły się pomieszczenia służb technicznych i laboratorium oraz część południowa, gdzie znajdowały się pomieszczenia biurowe administracji i służby surowcowej, a także wolno stojący budynek ogniotrwały, gdzie magazynowano materiały łatwopalne, który zamierzano przeznaczyć uprzednio na Muzeum Cukrownictwa. Budynki te nie zostały zburzone, na życzenie nowego nabywcy likwidowanego obiektu. Pięknym gestem ze strony inwestora strategicznego było zachowanie i odrestaurowanie części frontowej z charakterystyczną bramą wjazdową na teren fabryczny i budynkiem, na którym nadal widnieje napis "Cukrownia Michałów" i przytwierdzona będzie pamiątkowa tablica z nazwiskami tych, którzy w okresie wojennym oddali własne życie za ten wspaniały dar, jakim dla każdego człowieka czynu jest przychylny warsztat pracy, dający poczucie spełnienia.

I tylko tyle materialnych świadków czasu, który przeminął, pozostało z tętniącej życiem fabryki. Pozostał także człowiek ze swym żalem i tęsknotą. Kiedy przystąpiono do burzenia murów i fundamentów człowiek ten stanął, kierując wzrok ku pracującym maszynom i ludziom je obsługującym i patrzył frasobliwie jak znika z ziemskiego istnienia materialny dowód troski i zapobiegliwości pokoleń, które również przeminęły.

I zdarzyło się coś niebywałego, bo oto w pewnym momencie runął, wraz z konstrukcją, strop I piętra hali głównej. Uderzenie o posadzkę parteru było tak silne, że stojący w grupie człowiek odczuł drżenie ziemi i ujrzał unoszący się gwałtownie ku górze obłok pyłu z roztrzaskanych cegieł i zaprawy. Potoczyła się wówczas powolutku po policzkach wielu gorąca łza zaprawiona słoną goryczą i pozostawiająca, jak rozpalone żelazo, ślad będący oznaką ogromnego przeżycia i bólu.

Tak pożegnał pracowity człowiek ulatującego "ducha przyjaznej przestrzeni", w której upłynęło wiele lat znojnego życia znaczonego obowiązkiem zakazanym przez racjonalny rozum oraz radością bijącego, żywego serca.

A cóż pozostało? Pozostał zaledwie "Smutek tych rzeczy."

 

 

"Wszystko mija - przechodzi,

Oddala się - zacienia,

Na mgławej płynie łodzi

Ku morzu zapomnienia.

Traci się radość zdarzeń

I ból się z wolna leczy -

Zostaje tylko, jak stygmat z oparzeń,

Smutek tych rzeczy."

Władysław Orkan "Wszystko przemija"

Jednakże doświadczona przeżyciami i pragmatyczna istota ludzka zachowuje pieczołowicie tę pewność, że nie należy żałować smutku i rozgoryczenia, ponieważ nurt życia ani się nie zatrzyma, ani nie cofnie wstecz.

A zatem będą to tylko:

 

"Daremne żale i próżny trud,

Bezsilne złorzeczenia.

Przeżytych kształtów żaden cud

Nie wróci do istnienia".

Wg Adama Asnyka    

Trzeba więc przyjąć postawę człowieka pełnego nadziei i optymizmu. Rodzi się, bowiem nowe i zapewne równie interesujące życie.

W hali warsztatów mechanicznych pracuje już grupa ludzi montujących na podwoziach samochodowych termiczne boksy oraz prowadzi naprawy i konserwację chłodni samochodowych. W przygotowaniu są także plany budowy nowej hali produkcyjnej, w której będą wytwarzane wkrótce różne wyroby służące do użytku w gospodarstwie domowym.

Można, więc sądzić, że w niedługim czasie znajdzie zatrudnienie łącznie około 100 osób. Większość z tych pracowników stanowić będzie zapewne już młode, kolejne pokolenie, niezwiązane sentymentalnie z cukrownią. Epoka seniorów bezpowrotnie przeminęła, więc niechaj nabyta życiowa mądrość pogodzi ich z następcami, których gorejące i błyszczące w przestworzach gwiazdy też niechybnie w przyszłości zagasną, albowiem:

 

"Każda epoka ma swe własne cele

I zapomina o wczorajszych snach.

Nieście więc wiedzy pochodnię na czele

I nowy udział bierzcie w wieków dziele (.)

Prawdziwa mądrość niechaj was pogodzi.

I wasze gwiazdy, o zdobywcy młodzi,

W ciemnościach pogasną znów!"

Adam Asnyk "Do młodych

 

Spis literatury:

[1] Ks. Waldemar Wojdecki: Dzieje Leszna i Puszczy Kampinoskiej. Wyd. Lumen; Leszno 1998.

[2] Anon: Opracowanie historyczne - Cukrownia Michałów. Maszynopis, 17 stron.

[3] Roczniki Gazety Cukrowniczej z lat 1893 - 1996.

 

Od autora: Pragnę serdecznie podziękować pani Jolancie Rymkiewiczowej, wnuczce Wacława Głowackiego, za umożliwienie opublikowania zdjęć z lat 1928-1929. Dziękuję także Panom: Stanisławowi Kacprzakowi, Stanisławowi Świsłowskiemu i Feliksowi Witkowskiemu za przekazanie mi wielu cennych informacji z minionej przeszłości.

 

Doc. dr inż. Edmund W. Waleriańczyk

 

 

Powyższy artykuł ukazał się w numerze 8/2005 Gazety Cukrowniczej. Jego autorowi, Panu doc. dr inż. Edmundowi W. Waleriańczykowi, w imieniu mieszkańców Gminy Leszno, składamy serdeczne podziękowania za przybliżenie historii "Cukrowni Michałów", która była symbolem Leszna i na zawsze pozostanie trwałym elementem naszej historii. 

 

 

 

 

 

 
 

Szybki kontakt

  • Al. Wojska Polskiego 21
  • 05-084 Leszno
  • tel. 22 725 80 05
  • fax. 22 725 85 52
  • email: urzad@gminaleszno.pl
  • rachunek: Bank Spółdzielczy w Sochaczewie
  • nr: 89 9283 0006 0025 8629 2000 0010